09.02.2012

Godzina 17:06

Na dzisiaj miałam plan zaiste ambitny; wstać koło szóstej rano, gdy ludzie zajęci są właśnie wstawaniem, przewracaniem się na drugi bok lub kierowaniem się w stronę zamarzających pociągów (innymi słowy – mają zdecydowanie lepsze zajęcie od gapienia się na mnie) i pójść pobiegać.
Jak to z ambitnymi planami jednakże bywa, i ten spełzł na manowce. Spod kołdry spojrzałam za okno, zmrożona jakąś przedziwną paniką – a może to moje ‚zmrożenie’ było po prostu efektem otwartego okna? – i wróciłam do snu, którego teraz już nie pamiętam, a który wtedy jawił mi się jako alternatywa zdecydowanie lepsza od wyjścia na dwór.
Przez tę krótką chwilę, gdy moim oczom ukazany był świat zza okna – zmrożone drzewko bzu, szary budynek i niebo pociachane niezliczonymi gałązkami wielkich drzew – przypomniałam sobie jak przyjemnie, i jak łatwo było wyjść poskakać podczas ostatniego weekendu (kiedy to w Łodzi miało miejsce spotkanie kilku trenujących osób). Wtedy wydawało się to czymś całkowicie naturalnym, ba, czułam się jak dzikie zwierzę, które w końcu wypuszczono na wolność. I choć te pierwsze kroki były przepełnione badawczymi pacnięciami łapą o podłoże, ‚czy aby nie gryzie’, im dalej w las tym czułam się pewniej. A teraz? Najchętniej zakopałabym się z powrotem pod kołdrę.
Co jest przedziwne, bo moje pierwsze treningi datuję gdzieś w czasach zamierzchłego roku dwutysięcznego szóstego. I choć nie dałoby się ich zaliczyć do tych regularnych (wymówek mam mnóstwo, włącznie z wizytami w szpitalu), przez te sześć lat winnam się oswoić z samotnymi treningami i wynaleźć sposób na mobilizowanie się. A tak się nie stało.
Przynajmniej nie na tyle, by wstać teraz, założyć dresy, buty, dwie bluzy i po prostu pójść na trening.
Zamiast tego zawinęłam się w kołdrę, zwinęłam w kulkę, policzkiem odnalazłam idealne zagłębienie w poduszce… i już mnie nie było.

Kilka godzin później zaś nawet nie plułam sobie w brodę ani nie byłam zła – cóż, dosyć rzec iż nie było to moje pierwsze (nieudane) spotkanie z konfliktem chęci pójścia na trening i chęci pozostania w łóżku, gdzie zagrożenie bycia śledzoną ogranicza się do zabłąkanego pająka (a i o te trudno ostatnimi czasy). Chyba nie tylko ja miałam w swym życiu ten problem – wyjść i zacząć skakać jest stosunkowo prosto, gdy ma się z kim. Wyjść i zacząć skakać, samej, gdy ma się w głowie wizji ludzi patrzących na Ciebie – już nie tak łatwo. Choć przecież o godzinie tak wczesnej *zagrożenie* przyuważenia jest minimalne. Więc o co tak na prawdę chodzi? Racjonalnie patrząc na tę kwestię, nie powinno być problemu. Tyle, że racjonalizm nie zawsze daje sobie radę… najlepszy tego przykład spotkał mnie kilka dni temu, gdy miałam okazję odwiedzić łódzką salę gimnastyczną „Tęczę”. Jest tam coś niesamowitego, coś w czym zakochałam się od pierwszego dotknięcia… dziura! Jednak to nie byle jaka dziura, oj nie – bo dziura ta (a raczej, żeby w końcu oddać jej honor – ‚mały prostokątny basen’) wypełniona jest średniej wielkości gąbkami, dzięki czemu można do niej wskakiwać na łeb na szyję a i tak nic człowiekowi nie grozi. Ano właśnie. NIC NIE GROZI. Ten argument opornie dawał się wbijać mojej psychice, która ‚to jest bezpieczne’ skwitowała założeniem rąk na piersi i tupnięciem w podłogę. A chodziło o zwykłe rzucenie się w te gąbki plecami – na płask, z rozrzuconymi rękoma, tak by w żaden sposób się nie asekurować. I za każdym razem, gdy udawało mi się to zrobić, mój organizm przeżywał mały zawał serca. Racjonalne? Bynajmniej! Ale żeby poczuć się choć odrobinkę pewniej, skok musiałam wykonać z dziesięć razy. Oswoić się z nim. Oswoić się z konsekwencjami skoku – a raczej ich brakiem – i podsunąć te wszystkie argumenty wciąż obrażonej psychice. Całkiem możliwe, iż działał w tym momencie mój instynkt samozachowawczy. No bo jaki kretyn rzuca się z rozpędu plecami na podłoże (nieważneżezgąbek)?
Reasumując, przed oczyma klaruje mi się jeden z tych nieśmiertelnych truizmów – z pewnymi rzeczami trzeba się oswoić, pewne rzeczy trzeba oswoić i siebie trzeba oswoić.

W końcu… pantera się przyzwyczaja – tak na pierwszy rzut oka. A tak na prawdę, Pantera przyzwyczaiła się już dawno, ba, całkiem możliwe iż przyzwyczajona jest od zawsze. Trzeba jej tylko wyjść poza to, co ciepłe, bezpieczne i tak dobrze znane, by wejść w to, co przede wszystkim znane jest nie z racji leniwego przyzwyczajenia, a natury.

Kilka godzin później, niż planowo – ale wyszłam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s