Najnowsze

Gooooood morning Vietnam!

Na termometrze -17, za oknem w pierwszych promieniach słońca lśni zalegający śnieg. Słuchawki tkwią już na uszach, w mp3 powoli rozkręca się pierwsza piosenka – nim zawiążę drugiego buta, muzyka zdąży opanować moją głowę, a gdy tylko sznurówki wciągnięte zostaną pod jęzor, poderwie ciało do skoku na drążek zamocowany w drzwiach od kuchni.
Kilka przecznic dalej jestem już cała mokra, podeszwy ślizgają się na lodzie a na materiale szalika osadzają się mroźne kryształki oddechu. Jest stosunkowo pusto; jedynie jakaś staruszka mija mnie, ciągnąc zielony wózek w kratkę. Uśmiecham się do niej; gdy biegnę, gdy mam dobry humor, gdy ktoś dzieli ze mną poranne ścieżki, uciecha aż rwie się, by choć uśmiech posłać w stronę drugiej istoty.
Dopiero po chwili przypominając sobie, że twarz mam przecież zasłoniętą przed mrozem – biegnę dalej. Skręcam w znaną sobie wewnętrzną uliczkę i staję przed efektem zmieniającego się świata. Tam, gdzie w murze tkwiła kiedyś otwarta zawsze furtka – a po kilku latach sama futryna bez drzwi – teraz wznosiła się nieregularna ściana z cegieł i zaprawy. Podchodzę, dłonią badam jej strukturę i upewniwszy się, że jest solidna, cofam kilka kroków. Rozbieg, chwyt… i opadnięcie, gdy noga ześlizguje się nagle. One more time. Tym razem rozbieg biorę większy, przed chwytem zaś odbijam się od muru prostopadłego do mojej zablokowanej furtki. Do trzech razy sztuka – tym razem wybiłam się zbyt daleko. Powtarzam ostatnie ruchy i po krótkiej walce wdrapuję się na szczyt. I mimo iż nie była to za szczególnie wymagająca wysokość, czuję tę drobinkę satysfakcji rozgrzewającą organizm. Materiał koszulki lepi się do brzucha i pleców, gorąc ogarnia ciało. Chwytam się krawędzi i zeskakuję, ląduję w zmrożonym śniegu i biegnę, ślizgam się na lodzie przykrywającym żużlową uliczkę i chce mi się śmiać. Synteza wysiłku i muzyki działa na mnie w miodny sposób.

Zatrzymuję się. Przede mną barierka w czerwono-białe paski. Ścieram z niej wierzchnią warstwę szronu i po wybiciu się, ląduję tyłkiem na jej szczycie. Nie do końca to, co chciałam zrobić, zeskakuję więc i dołem wracam na wcześniejszą pozycję; krótki rozbieg, mocniejsze wybicie i przeszkoda pokonana za pomocą lazy’ego. Uśmiechem skwitowałam ten kolejny malutki sukces i wynalazłam następny cel. Bo na tym to przecież polega; dążymy do czegoś, walczymy o to (nawet, jeśli jest to tylko mały skok), a gdy osiągamy, nasze głowy obracają się w kierunku nowego wyzwania. Bo ileż można się cieszyć z jednego? Prędzej czy później nastąpiłaby pustka.
Więc weszłam na barierkę, stanęłam na niej… i spadłam. Weszłam, przeszłam kilka kroków, spadłam. Wejście, krok-dwa, zeskok, wejście, krok, zeskok, wejście, trzy kroki, zeskok, wejście, sześć kroków zakończonych spadnięciem na ulicę, wejście…
Kilka dni temu, tak na dzień dobry, marudziłam trochę na samotne treningi – a raczej na trudności w zmobilizowaniu się do nich. Teraz zaś mogę sprezentować jeden z ich niezaprzeczalnych plusów; jesteś tylko Ty. Możesz się wyciszyć, skupić tylko i wyłącznie na tym, co robisz i dać się porwać lecącej muzyce. Możesz przez kilkanaście minut próbować przejść po oszronionej rurce, by po kolejnym upadku położyć się na niej i zamknąwszy oczy, po prostu pozdychać. Po czym wstać i jeszcze raz, i jeszcze raz spróbować. Wtedy, gdy się chce, bez absorbującej Twoją uwagę istoty obok. Ta absorbująca istota obok jest świetna – lubię trenować z kimś, wymieniać się doświadczeniami, albo po prostu próbować zrobić coś na zmianę, a może tak, a może inaczej, albo z tamtej strony, albo każdy swoje czując jednak wzajemną obecność… przy samotnym treningu tego nie ma. Jesteś zdana tylko na siebie. I jest to niesamowicie przyjemne uczucie – przynajmniej dla mnie.
krok, drugi – kilka – dotarcie do końca rurki i zeskok.
W końcu się udało. Jakieś dwadzieścia minut, spędzone na wchodzeniu i spadaniu (często nawet przed zrobieniem drugiego kroku), tylko po to, by na koniec w ciągu kilkunastu sekund przejść z punktu A do punktu B.
Czy było warto?
Och, co za pytanie!

A teraz „Hit the road, Jack!” i lecimy z dzisiejszą porcją pompek.

Reklamy

yet another first day

Przed chwilą skończyłam serię ćwiczeń przeróżnych i podczas dostarczania spragnionemu organizmowi Muszynianki, pewna idea zagnieździła się w mojej głowie. ‚Czas skończyć z nieregularnością i wymówkami’, rzekła tonem, jaki od czasu do czasu przybiera ta mniej przyjemna personifikacja mojej Weny, gdy zaniedbywanie przeze mnie pisania przybiera postać zdecydowanie zbyt zaawansowaną. A cóż ja mogę począć, jak nie kiwnąć głową i zastosować się do jej słów? Ano właśnie. W końcu nie chcę skończyć jako zmasakrowana kupka mięsa, utrzymywana przy życiu jedynie po to, by móc wypróbować jeszcze kilka nowych tortur…
So it’s time to pull yourself together! rzekła z tą twardą nutką w głosie, a ja mimo iż zmęczona, ległam na ziemi i sprawdziłam ile jestem w stanie zrobić pompek. Ledwo pięć. Źle. Kolejna próba – siedem. Wena, Idea, albo najzwyczajniej w świecie ta zmęczona bezczynnością część mnie, ostatecznie zaakceptowała stan rzeczy (choć uprzejmie acz dobitnie zaprezentowała mi wspomnienie jak to jeszcze niedawno ilość pompek była znacznie, ale to znacznie i nieporównywalnie, większa) i posłała mnie do łóżka.
W końcu za sześć godzin wstaję.
Trening czeka!

09.02.2012

Godzina 17:06

Na dzisiaj miałam plan zaiste ambitny; wstać koło szóstej rano, gdy ludzie zajęci są właśnie wstawaniem, przewracaniem się na drugi bok lub kierowaniem się w stronę zamarzających pociągów (innymi słowy – mają zdecydowanie lepsze zajęcie od gapienia się na mnie) i pójść pobiegać.
Jak to z ambitnymi planami jednakże bywa, i ten spełzł na manowce. Spod kołdry spojrzałam za okno, zmrożona jakąś przedziwną paniką – a może to moje ‚zmrożenie’ było po prostu efektem otwartego okna? – i wróciłam do snu, którego teraz już nie pamiętam, a który wtedy jawił mi się jako alternatywa zdecydowanie lepsza od wyjścia na dwór.
Przez tę krótką chwilę, gdy moim oczom ukazany był świat zza okna – zmrożone drzewko bzu, szary budynek i niebo pociachane niezliczonymi gałązkami wielkich drzew – przypomniałam sobie jak przyjemnie, i jak łatwo było wyjść poskakać podczas ostatniego weekendu (kiedy to w Łodzi miało miejsce spotkanie kilku trenujących osób). Wtedy wydawało się to czymś całkowicie naturalnym, ba, czułam się jak dzikie zwierzę, które w końcu wypuszczono na wolność. I choć te pierwsze kroki były przepełnione badawczymi pacnięciami łapą o podłoże, ‚czy aby nie gryzie’, im dalej w las tym czułam się pewniej. A teraz? Najchętniej zakopałabym się z powrotem pod kołdrę.
Co jest przedziwne, bo moje pierwsze treningi datuję gdzieś w czasach zamierzchłego roku dwutysięcznego szóstego. I choć nie dałoby się ich zaliczyć do tych regularnych (wymówek mam mnóstwo, włącznie z wizytami w szpitalu), przez te sześć lat winnam się oswoić z samotnymi treningami i wynaleźć sposób na mobilizowanie się. A tak się nie stało.
Przynajmniej nie na tyle, by wstać teraz, założyć dresy, buty, dwie bluzy i po prostu pójść na trening.
Zamiast tego zawinęłam się w kołdrę, zwinęłam w kulkę, policzkiem odnalazłam idealne zagłębienie w poduszce… i już mnie nie było.

Kilka godzin później zaś nawet nie plułam sobie w brodę ani nie byłam zła – cóż, dosyć rzec iż nie było to moje pierwsze (nieudane) spotkanie z konfliktem chęci pójścia na trening i chęci pozostania w łóżku, gdzie zagrożenie bycia śledzoną ogranicza się do zabłąkanego pająka (a i o te trudno ostatnimi czasy). Chyba nie tylko ja miałam w swym życiu ten problem – wyjść i zacząć skakać jest stosunkowo prosto, gdy ma się z kim. Wyjść i zacząć skakać, samej, gdy ma się w głowie wizji ludzi patrzących na Ciebie – już nie tak łatwo. Choć przecież o godzinie tak wczesnej *zagrożenie* przyuważenia jest minimalne. Więc o co tak na prawdę chodzi? Racjonalnie patrząc na tę kwestię, nie powinno być problemu. Tyle, że racjonalizm nie zawsze daje sobie radę… najlepszy tego przykład spotkał mnie kilka dni temu, gdy miałam okazję odwiedzić łódzką salę gimnastyczną „Tęczę”. Jest tam coś niesamowitego, coś w czym zakochałam się od pierwszego dotknięcia… dziura! Jednak to nie byle jaka dziura, oj nie – bo dziura ta (a raczej, żeby w końcu oddać jej honor – ‚mały prostokątny basen’) wypełniona jest średniej wielkości gąbkami, dzięki czemu można do niej wskakiwać na łeb na szyję a i tak nic człowiekowi nie grozi. Ano właśnie. NIC NIE GROZI. Ten argument opornie dawał się wbijać mojej psychice, która ‚to jest bezpieczne’ skwitowała założeniem rąk na piersi i tupnięciem w podłogę. A chodziło o zwykłe rzucenie się w te gąbki plecami – na płask, z rozrzuconymi rękoma, tak by w żaden sposób się nie asekurować. I za każdym razem, gdy udawało mi się to zrobić, mój organizm przeżywał mały zawał serca. Racjonalne? Bynajmniej! Ale żeby poczuć się choć odrobinkę pewniej, skok musiałam wykonać z dziesięć razy. Oswoić się z nim. Oswoić się z konsekwencjami skoku – a raczej ich brakiem – i podsunąć te wszystkie argumenty wciąż obrażonej psychice. Całkiem możliwe, iż działał w tym momencie mój instynkt samozachowawczy. No bo jaki kretyn rzuca się z rozpędu plecami na podłoże (nieważneżezgąbek)?
Reasumując, przed oczyma klaruje mi się jeden z tych nieśmiertelnych truizmów – z pewnymi rzeczami trzeba się oswoić, pewne rzeczy trzeba oswoić i siebie trzeba oswoić.

W końcu… pantera się przyzwyczaja – tak na pierwszy rzut oka. A tak na prawdę, Pantera przyzwyczaiła się już dawno, ba, całkiem możliwe iż przyzwyczajona jest od zawsze. Trzeba jej tylko wyjść poza to, co ciepłe, bezpieczne i tak dobrze znane, by wejść w to, co przede wszystkim znane jest nie z racji leniwego przyzwyczajenia, a natury.

Kilka godzin później, niż planowo – ale wyszłam.